FRAGMENT (z tomu 2.):

"One", David Morrell
Tatko był mądry. Latem, kiedy dach z darni odmarzał i wypadały z niego węże, łapał je w koce rozwieszone pod sufitem. Zwykle węże bycze, ale czasem grzechotniki. Jakby ktoś potrząsał paczką nasion. Tatko mówił, że wciąż były śpiące po zimowym śnie, dlatego nie bał się do nich zbliżać. Z każdego koca robił worek i wynosił wijący się ciężar na najdalszy koniec pastwiska i tam wrzucał do strumienia. Od topniejącego w górach śniegu woda była głęboka i rwąca, porywała węże. Mama ostrzegała nas, żebyśmy nigdy nie chodzili w dół strumienia, gdzie je wyrzucało. Chciała je zabijać, ale tatko mówił, że były zbyt śpiące, żeby chciały nam zrobić krzywdę, i że nie powinniśmy ich zabijać, skoro nie musieliśmy. Węże spadały na nas, bo tato wykopał tył chaty w zboczu. Ziemię rozrzucił na darni, na belkach dachu. Dzięki temu latem panował w środku chłód, a zimą ciepło, mieliśmy też osłonę przed wiatrem, który przy złej pogodzie wył w dolinie. Po pewnym czasie wyrosła tam trawa, ale ziemia pozostała miękka, więc węże kopały w niej norki. Zawsze je słyszeliśmy, zanim spadały, więc mieliśmy ostrzeżenie. Poza tym nie było ich wiele i trwało to tylko przez kilka tygodni wiosny. Mądry tatko wytwarzał najlepsze mydło w całej dolinie.
Wszyscy wiedzieli, jak zrobić miękkie. Dodać wody do popiołu drzewnego, żeby rozpuścić potaż. Potem przelać wodę przez warstwę słomy, by odcedzić brud i dodać do gotującego się tłuszczu zwierzęcego. Kiedy mieszanina wystygła, brało się pianę z samego wierzchu.
To było mydło. Ale na naszej ziemi znajdowała się odkrywka soli. Tatko eksperymentował, dodając sól do wrzącej wody i tłuszczu. Mikstura, gdy już wystygła, robiła się twarda. Dodawał też piasku i wszyscy sądzili, że na tym polega jego sekret, ale nikomu nigdy nie udało się zrobić twardego mydła, bo tak naprawdę sekretem była sól. Obiecaliśmy, że nikomu nie powiemy.


Mieliśmy dziesięć kurcząt, konia, krowę, owcę, psa i kota. Pies był owczarkiem szkockim. On i kot pojawili się u nas dzień po dniu, nie wiadomo skąd. Sadziliśmy sałatę, groszek, marchew, fasolę, ziemniaki, kukurydzę i kabaczki. Musieliśmy postawić wokół ogrodu solidne ogrodzenie, żeby go ochronić przed królikami. Ale ptaki wciąż usiłowały wyjeść nasiona, więc tatko sprzedał twarde mydło i kupił płachty, które rozłożył nad ziemią. Ptaki się zniechęciły, a tatko zastrzelił te króliki, które nadal próbowały. Powiedział, że musiał to zrobić, aby ratować ogród, a poza tym była z nich dobra potrawka.
Nigdy nie głodowaliśmy. Tatko wykopał pod chatą piwniczkę, w której trzymaliśmy marchew, ziemniaki i kabaczki na zimę. Mama robiła konserwy z groszku i fasoli, a wieczka plombowała woskiem, tak jak pokazał jej tatko. Mieliśmy nawet starą jabłoń, która rosła tam jeszcze przed naszym przybyciem. Mama piekła najlepsze ciasta, część owoców przechowywaliśmy. Wszyscy pracowaliśmy. Tatko pokazywał nam, co mamy robić.
W gorące letnie noce, kiedy razem z mamą uczył nas czytać na Biblii, czasem słyszeliśmy wycie dobiegające od strony wzgórz. Auu, auu, auu, auu. Ujadanie do księżyca.
– Psy Boga – mówił tatko. – Tak je nazywają Indianie.
– Czemu? – zapytała Judith.
– Bo są praktycznie niewidzialne. Tylko Bóg je widzi.
– Jak wyglądają? – chciał wiedzieć Daniel.
– Głuptas – odpowiedziałam. – Skoro tylko Bóg je widzi, skąd ktokolwiek może wiedzieć, jak wyglądają?
– Cóż, ludzie widzieli je parę razy – wyjaśnił tatko. – Są brązowe. Mają spiczaste uszy i czarne czubki ogonów.
– A jak są duże? – zapytała Judith, obejmując się ramionami.
– Trochę większe niż Chester. – Chester to był nasz pies. – Przypominają psy, ale można je poznać po tym, że biegnąc, kulą ogon pod siebie, a psy zadzierają do góry.
– Ktoś tu chyba dobrze im się przyjrzał – zauważyłam.
Tata skinął głową.
– Widziałem jednego dawno temu. Zanim spotkałem waszą matkę. Siedziałem sam przy ognisku. Wyłonił się z ciemności i patrzył, stojąc na granicy światła. Musiał wywąchać królika, którego gotowałem. Po chwili zawrócił. Zanim zniknął w ciemności, oglądnął się na mnie, jakby mnie o coś obwiniał.
– Bałeś się? – zapytał Daniel.
– Pora spać – oświadczyła mama. Rzuciła tatkowi zdecydowane spojrzenie.
– Nie, nie bałem.
Była pełnia. Wycie dochodziło ze wzgórz przez kilka godzin.
Następnego lata panowała susza. Inni farmerzy stracili studnie i musieli się przenieść, ale topniejący w górach śnieg wciąż zasilał nasz strumień wystarczająco, by utrzymać ogród. Osiki na zboczu miały jednak gorzej. Wyschły tak bardzo, że spłonęły od uderzenia pioruna. Nocą na wzgórzach migotały światła. Do doliny docierał dym. Judith miała trudności z oddychaniem.
W końcu nadeszła burza. Łaska boska, stwierdziła mama, patrząc, jak deszcz przegania dym i gasi płomienie na wzgórzach. Rankiem po pierwszym przymrozku
Daniel wbiegł do chaty.
– Tatku, szybko – powiedział.
Nasza owca leżała pośrodku pastwiska z rozerwanym gardłem i pogryzionym brzuchem. Wszędzie była krew i strzępy wełny. Pozostałe zwierzęta, dygocząc, trzymały się na dystans.
Widziałam pulsujące żyły na szyi tatki, kiedy spoglądał w stronę wzgórz.
– Na noc zamkniemy krowę i konia w zagrodzie przy chacie. Na padlinie jest mięso. Ruth – zwrócił się do mnie – przynieś siekierę i nóż. Daniel i ja musimy rozebrać owcę. Weź nożyce – powiedział do matki. – Zbierzemy to, co zostało z wełny.
Następnego ranka tatko kazał nam zostać w domu, a sam poszedł sprawdzić, co z resztą zwierząt. Długo nie wracał. Mama ciągle podchodziła do jedynego okna w domu. Słyszałam, jak tatko kopie. Kiedy wrócił, miał ponurą twarz.
– Kurczęta. Wszystkie martwe. – Odwrócił się do mamy. – Same głowy i pióra, nic więcej nie zostało. Nawet na zupę mięsa nie będzie. Zakopałem je.
– A co z jajkami?
– Ani jednego.
Tej nocy tatko nabił strzelbę, założył palto i poszedł do szopy, w której zamknął konia i krowę. Auu, auu, auu, auu. Patrzyłam w sufit i słuchałam ujadania. Ale dochodziło z daleka, echo odbijało się od jednego krańca doliny do drugiego. Kiedy tatko wrócił następnego ranka, wiał zimny wiatr. Ziemię przyprószył śnieg. W oczach tatka było napięcie, ale mówił z wyraźną ulgą.
– Wygląda na to, że ruszyły dalej – powiedział, odkładając strzelbę.
– Sprzedamy mydło i kupimy nowe kurczęta – odparła mama i nalała mu kawy.
Do południa zrobiło się chłodniej. Chmury otuliły grzbiety gór.
– Zanosi się na wczesną zimę – stwierdził tatko.
– Dzięki Bogu – powiedziała mama. – Po takiej suszy w górach przyda się wilgoć. Strumień potrzebuje śniegu.
Podczas kolacji usłyszeliśmy na zewnątrz trzask drewna i rżenie konia. Tatko upuścił widelec i chwycił strzelbę. Nie zdążył jej nawet załadować. Mama podała mu latarnię. Patrzyliśmy przez okno, jak światło huśtało się w tę i nazad, kiedy tatko spieszył w stronę zagrody przy szopie.
Biegł dalej. Minął ogrodzenie. Światło latarni robiło się coraz mniejsze, aż w końcu w ogóle nie było go widać w ciemności. Słuchałam wiatru. Drgnęłam, gdy rozległ się strzał. A potem znów słyszałam tylko wiatr. W powietrzu unosił się śnieg. Mama coś szeptała, obserwując przez okno noc. Chyba „proszę, Boże”. Czekaliśmy.
– Ruth, przynieś Danielowi palto i latarnię – nakazała mi mama. – Musi wyjść i zobaczyć, czy tatko nie potrzebuje pomocy.
Ale wcale nie musiał.
– Patrzcie! – odezwała się Judith, stając na czubkach palców i wskazując coś dłonią.
Dostrzegliśmy plamkę światła. Robiła się coraz większa, poruszana wiatrem i ręką tatka. Kiedy tatko wszedł do środka, pokój wypełniło zimno. Judith zakaszlała.
Tatko zamknął drzwi na klucz i odstawił latarnię.
– Coś tak bardzo przestraszyło konia, że połamał ogrodzenie i próbował uciec.
– Próbował? – zapytał Daniel.
Tatko patrzył przez okno.
– Cokolwiek przeraziło konia, powaliło go, ale nie zdążyło zbyt wiele zjeść. Strzeliłem, uciekły w mrok.
– One? – zapytałam.
– Nie strasz dzieci – wtrąciła mama.
– Muszą wiedzieć, żeby były ostrożne.
– Już są.
– Więc muszą być bardziej.
– One, tatku? – zapytał Daniel. – Psy Boga? Biegły z podkulonymi ogonami?
Tatko skinął głową.
– Teraz to są Psy Diabła. Chyba jednego trafiłem. Znalazłem krwawy ślad, ale to mogła być krew konia kapiąca im z pysków. Wszyscy stali w bezruchu.
– Judith, weź siekierę i nóż – powiedział tatko. – Daniel i ja musimy rozebrać konia, zanim one wrócą.
– Rozebrać? – powtórzyła Judith.
– Będziemy jeść końskie mięso? – spytał Daniel.
– Mięso to mięso. Kiedy nadejdzie zima, będziemy potrzebowali tyle jedzenia, ile zdołamy zdobyć.
W otaczającej nas ciemności mama i ja drżałyśmy, trzymając latarnie, które kołysały się na wietrze, podczas gdy tatko i Daniel cięli konia na kawałki. Tatko kazał nam nieustannie obserwować mrok, na wypadek gdyby one wróciły. Obok niego leżała zawinięta w koc strzelba. Tylko Judith nie pracowała. Trzęsła się zbyt mocno, by utrzymać latarnię w zamieci.
– Patrzcie na ślady łap na śniegu – zauważył Daniel.
– Wiem – odparł tatko. – Nienaturalne.
"Głęboko", Ramsey Campbell
TO MUSIAŁ BYĆ NIEZŁY KOSZMAR. Wystarczający, by Coe, który czuł pod sobą coś więcej niż tylko obciągnięty prześcieradłem materac, owinął się kołdrą; wystarczający, by pozostawić po sobie uczucie duszącej bezradności gorszej od samotności w mroku. Coe nie był bezradny. Nawet jeśli napad furii przyćmił jego zmysły, musiał też przekonać rodzinę. Zabrali go z powrotem do domu. Na szpitalnym łóżku nie było kołdry.
Kto teraz czuwał przy nim w domu? Może wszyscy, by udowodnić, jak bardzo o niego dbają, ale Coe wiedział, że robią to od niedawna. Ledwo się mieścili wokół jego łóżka w separatce. Kiedy tylko sądzili, że zasnął, niektórzy zaczynali szeptać. Nie miał wątpliwości, podsłuchał, jak planowali jego pogrzeb. Teraz najwyraźniej zostawili go samego, a jednak czuł się osaczony. Czy mu się wydawało, czy również ciemność napierała na niego? Nigdy nie widział ciemności tak głębokiej.
To chyba nie była jego sypialnia. Coe zawsze rozpoznawał znajome miejsce, kiedy jakiś koszmar wyrwał go ze snu. Pewnie ktoś – zapewne jego córka Simone albo syn Daniel – odmówił mu światła w zemście za to, że zbyt wiele ze spadku poszło na szpitalną separatkę. Bez względu na to, jak szeroko otwierał oczy, Coe wciąż widział tylko ciemność. Rozchylił wyschnięte usta, chcąc zawołać, by ktoś rozsunął zasłony, lecz zaraz cofnął język za zęby. Najpierw musiał uwolnić się z pościeli. Wyglądał jak trup oczekujący na obdukcję, nikt nie mógł go zobaczyć w takim stanie. W koszmarnych katuszach zdołał ściągnąć z siebie kołdrę.
Jedną dłonią wsparł się o wyściełane wezgłowie, by drugą wyszarpnąć spod siebie pościel. Przynajmniej taki był plan, ale śliski materiał ani drgnął, tkwił w miejscu jak przybity. Czy to ostatni atak tak osłabił Coe’a, czy może ciężar jego ciała unieruchamiał kołdrę? Mężczyzna wyciągnął ręce w poszukiwaniu krawędzi materiału i niespodziewanie uderzył kłykciami w jakieś poduszki po obu stronach. Nie, to nie poduszki. To ścianki.
Leżał w czymś w rodzaju dużej kołyski, której boki blokowały dostęp światła. Pewnie nie chcieli, żeby wypadł z łóżka. Był wściekły, że tak go potraktowali, i to bez pytania go o zdanie. Wyciągnął dłonie, chcąc chwycić brzegi ścianek i podciągnąć się, by kogoś zawołać, ale tylko uderzył palcami w miękką powierzchnię.
Widać boczne ścianki po prostu łączyły się u góry. Coe cofnął i uniósł drżące dłonie, zawadzając nimi o zapadnięte policzki. Łokciami napierał na dno, a jednocześnie przesuwał dłońmi po wyściełanej przeszkodzie przed sobą. Była miękka i śliska, paznokcie tylko się na niej wyginały. Podkulił nogi, złączył kolana i uderzył nimi w przeszkodę. Kilka razy wierzgnął nerwowo. Wściekłość szybko go opuściła, zbyt szybko, zostawiając go leżącego bezwładnie i przytłoczonego ciemnością. Nie zdołał za bardzo ruszyć wieka. Rodzina troszczyła się o niego mniej, niż się spodziewał. Wydali go na pastwę jego największego lęku.
A może to jeszcze jeden koszmar? Przecież to bez sensu! Co prawda nadgorliwy mąż Simone mógł podpisać akt zgonu, ale Daniel musiałby się również wykazać całkowitym brakiem profesjonalizmu. Chyba nie zaoszczędził na balsamowaniu i nie wyprawił pogrzebu niezwłocznie? Przynajmniej ubrał ojca w garnitur, ale kieszenie wydawały się świecić martwymi pustkami.
Nie, Coe musiał to sprawdzić. Zmusił drżące pięści, by się rozwarły i zaczęły macać ubranie w okolicach klap marynarki. Wewnętrzna kieszonka na piersi była płaska jak deska, pozostałe też. Przetrząsając kieszenie spodni, Coe z przerażeniem odkrył, jaki jest chudy – wręcz suchy jak wiór, zgrubienie na biodrze mogło być złamaną kością. Nie, to coś w kieszeni. W pośpiechu Coe niemal upuścił znalezisko. A więc jednak ktoś się o niego zatroszczył. Przycisnął klawisz i zanim jego serce zdążyło zabić, telefon komórkowy włączył się.
Coe niemal żałował, że wyświetlacz nie jest ciemniejszy. Widział teraz aż nazbyt wyraźnie, jak niewiele miejsca ma w tej ciasnej skrzyni; na wysokości ramion mniej niż szerokość dłoni, a gdy uniósł głowę, by oszacować rozmiary więzienia, uderzył czołem w niskie wieko. W pobliżu telefonu obicie lśniło zielenią, dalej było białawe niczym pleśń, a niżej, za stopami, ziemiście czarne. Coe pozwolił głowie opaść na poduszkę, która przykrywała całe dno i desperacko usiłował skupić się tylko na komórce, swojej ostatniej szansie. Co prawda nie pamiętał żadnego numeru, ale to jeszcze nie powód do paniki. Telefon pamiętał za niego.
Co rusz walił kłykciami w wewnętrzną stronę wieka, usiłując odsunąć komórkę jak najdalej od twarzy. Ale to wciąż za blisko; cyfry zlewały się w niebieskawą plamę. Coe musiał tylko znaleźć klawisz otwierający książkę telefoniczną. W końcu nacisnął go tak mocno, że aż zabolał go palec. Ikona, która pojawiła się na wyświetlaczu, była bezkształtna jak kleks z błota, ale to na pewno ta właściwa. Coe wcisnął klawisz w górnym lewym rogu, żałując, że jako pierwszy ma wpisany numer Daniela, i przyłożył telefon do ucha.
Słyszał tylko szum elektryczności, zbyt podobny do dźwięku, jaki wydaje spływająca ziemia. Choć w jego więzieniu panowało nieznośne gorąco, Coe dygotał na samą myśl, że być może jest zbyt głęboko pod ziemią, by telefon zadziałał. Przekręcił się na bok, chcąc przybliżyć aparat choć kilka centymetrów do powierzchni, ale w połowie ruchu uderzył ramieniem w wieko. Podczas gdy z całych sił starał się utrzymać tę pozycję, komórka zaczęła dzwonić.
Dzwoniła nadal, gdy Coe postanowił zaryzykować i z powrotem się położył, ale to wszystko. Był gotów błagać, chociaż nie widział kogo i o co. W końcu przenikliwy sygnał umilkł. Głos nie należał do Daniela. Całkowicie anonimowy, informował, że abonent jest chwilowo niedostępny. Potem inny głos, mniej ludzki, głos komputera, powtórzył numer i zachęcił do zostawienia wiadomości.
– Mówi twój ojciec. Tak, właśnie tak, pochowaliście mnie żywcem. Jesteś tam? Słyszysz mnie? Odbierz, ty… Po prostu odbierz. Powiedz, że już jedziesz. Oddzwoń, kiedy odsłuchasz tę wiadomość. Przyjedź i mnie uwolnij. Teraz.
Czy to przez jego oddech światło zaczęło migotać? Strasznie go kusiło, by mówić dalej, póki nie wydusi z Daniela odpowiedzi, ale musiał oszczędzać baterię. Rozłączył się i wybrał następny numer z książki. Powinien się dodzwonić do Simone. I tym razem usłyszał to samo nagranie.
Podczas gdy głos odczytywał numer cyfra po cyfrze, Coe niemal sobie wyobrażał, że to okrutny żart. Początkowo milczał po sygnale, a potem zaczął się bać, że straci połączenie.
– To ja – wymamrotał. – Twój ojciec. Ktoś trochę zbyt ochoczo wyprawił mnie na tamten świat. Ciebie też nie ma, czy boisz się odebrać? A może wszyscy świętujecie? Nie chcę wam psuć zabawy, po prostu przyślijcie kogoś, żeby mnie odkopał.
Zaczął wpadać w panikę. Nie takie wiadomości powinien zostawiać; teraz nie mógł sobie pozwolić na rodzinną wojenkę. Jego niezręczne paluchy już rozłączyły rozmowę – bo na pewno komórka nie zrobiła tego sama z siebie. Może powinien jeszcze raz zadzwonić do syna i córki? Albo do przyjaciół, o ile przypomniałby sobie numery – i wtedy Coe uświadomił sobie, że jest tylko jeden numer, który powinien wybrać. Po co marnował czas, usiłując dodzwonić się do krewnych? Przesuwając palcem, policzył klawisze i trzy razy wcisnął dziewiątkę.
Z nabożną czcią przysunął telefon do ucha, gdy głos kobiety w centrali przerwał sygnał.
– Telefon alarmowy.
Coe chciał równie szybko przejść do rzeczy.
– Policja – rzucił, ale kobieta klepała dalej swoją formułkę, pytając, z kim połączyć. – Policja – powtórzył ostrzejszym tonem.
To mu wynagrodziło ciszę, która wydawała się wypełniać wnętrze trumny. Nie można oczekiwać grzeczności od kogoś, kto jest w niebezpieczeństwie, lecz Coe czuł, że powinien przeprosić, póki kobieta go słyszy. Zanim jednak zdążył nabrać tchu, odezwał się męski głos.
– Policja Gloucestershire.
– Możecie mi pomóc? Pewnie trudno będzie panu w to uwierzyć, ale zostałem pochowany żywcem.
To zabrzmiało zbyt potulnie. Prawie ryknął śmiechem na myśl o poszukiwaniu tonu właściwego w tej sytuacji, ale policjant już pytał:
– Jak się pan nazywa?
– Alan Coe – odpowiedział, nagle porażony myślą, że to właśnie musi być wyryte na nagrobku jakieś dwa metry ponad jego głową.
– Skąd pan dzwoni?
Pytanie zdawało się podkreślać chorobliwie zielony blask, jaki bił od grubych ścianek i wieka. Czy policjantowi chodzi o numer komórki? Właśnie to podał mu Coe.
– Gdzie się pan znajduje? – głos zatrzeszczał mu prosto w ucho.
Nagle Coe nabrał paskudnego przekonania, że jego dzieci nie tylko pospieszyły się z pogrzebem – że z jakichś powodów, o których wolał nawet nie myśleć, pochowały go gdzieś indziej, nie przy żonie. Na pewno ktoś z rodziny by się temu sprzeciwił.
– Mercy Hill – musiał w to wierzyć.
– Proszę powtórzyć, nie dosłyszałem.
Czy komórka się rozładowuje?
– Mercy Hill – krzyczał tak głośno, że przymglony blask wydawał się migotać.
– Gdzie dokładnie?
Każde pytanie sprawiało, że jego więzienie stawało się solidniejsze, a odpowiedzi, których musiał udzielić, z coraz większym trudem przechodziły przez gardło.
– Naprzeciwko kościoła – ledwie był w stanie wydukać. – Ósmy rząd, nie, dziewiąty. Tak sądzę. Po lewej.
Nie słyszał odpowiedzi. Policjant pewnie wstukiwał informacje do komputera, o ile nie zapisywał ich ręcznie.
– Kiedy przyjedziecie? – Coe bardzo chciał to wiedzieć. – Nie mam pojęcia, ile powietrza mi jeszcze zostało. Niewiele.
– Chce pan powiedzieć, że został pan pochowany na cmentarzu.
Czy policjant mówił głośniej, bo połączenie zanikało?
– Tak, właśnie to powiedziałem – Coe również podniósł głos.
– Niech pan się lepiej rozłączy.
– Nie powiedział mi pan jeszcze, kiedy przyjedziecie.
– Niech się pan modli, żebyśmy nie mieli na to czasu. Dość halloweenowych psikusów jak na jeden rok.
Coe poczuł, że robi mu się słabo i traci dech, co przerażająco przypominało uduszenie, ale ostatkiem sił wykrztusił:
– Pan myśli, że to żart.
– Inaczej bym to nazwał. Radziłbym, żeby natychmiast dał pan sobie z tym spokój. I ten głos też niech pan sobie daruje.
– Niczego sobie nie daruję. Nie rozumie pan, że mówię śmiertelnie poważnie? Marnujesz mój tlen, ty… Niech pan o prostu robi swoje albo przełączy mnie do swojego przełożonego.
– Ostrzegam, że możemy namierzyć, skąd pan dzwoni.
– Zróbcie to. Przyjedźcie po mnie – niemal krzyczał Coe, ale jego głos słabł. Nie przekona już nikogo oprócz samego siebie.
Połączenie się zerwało czy może policjant odłożył słuchawkę? Czy Coe powiedział wystarczająco wiele, by go znaleźli? Może powinien wyłączyć telefon, by oszczędzać baterię, ale nie miał pojęcia, czy wtedy zdołają go namierzyć. Myśl, że miałby czekać w ciemności, nie wiedząc, czy pomoc już nadciąga, sprawiała, że ścianki były coraz bliżej, kradnąc mu dech. Trzymał telefon w zdrętwiałej ręce, usiłując nacisnąć klawisz ponownego wybierania ostatniego numeru, widział zielonkawe światło, które zdawało się przyciągać wieko. Wciąż się zbliżało, nawet gdy Coe ponownie przyłożył komórkę do ucha.
Centrala odezwała się natychmiast.
– Policja – powiedział, wchodząc kobiecie w słowo. – Policja.
Rozpoznała go? Z ciszy trudno wywnioskować. Trzaski elektryczności rozbrzmiewały raz za razem i Coe zaczął się bać, że za chwilę straci połączenie. I wtedy odezwał się głos:
– Policja Gloucestershire.
Przez chwilę sądził, że rozmawia z kobietą z centrali. Policjantka na pewno wykaże się większym zrozumieniem niż jej kolega.
– Mówi Alan Coe. Znowu – starał się brzmieć tak stanowczo, jak tylko potrafił. – Przysięgam, że to nie jest dowcip. Zostałem pochowany, ponieważ rodzina myślała, że umarłem. Już raz do was dzwoniłem, ale nie powiedziano mi, co się dzieje. Czy mogę przyjąć, że ktoś już do mnie jedzie?
Ile powietrza zmarnował na tę wypowiedź? Wstrzymał oddech, jakby to miało zrekompensować straty, przez co ściany i wieko jeszcze mocniej na niego naparły. W oddali policjantka zwróciła się do kogoś:
– To znowu on. Już rozumiem, o co chodzi z tym głosem.
– A co z nim nie tak? – wycedził Coe przez zaciśnięte zęby, a potem usiłował krzyknąć, ale obicie tłumiło dźwięk: – Co jest nie tak z moim głosem?!
– Chce wiedzieć, co jest nie tak z jego głosem.
– Tak, nie przesłyszała się pani. – Może nie powinien traktować jej z góry, lecz nie był stanie złagodzić tonu. – Co pani nie pasuje w moim głosie?
– Nie wiem, jak starego usiłuje pan udawać, ale nikt nie może być tak stary i nadal żyć.
– Mógłbym być pani ojcem, więc proszę robić, co do pani należy. – Albo go nie słyszała, albo ignorowała, lecz Coe upewnił się, że to do niej dotrze. – Jestem tak stary, że uznali mnie za nieboszczyka.
– I pochowali.
– Już to mówiłem pani i pani koledze.
– W grobie.
– Mercy Hill, naprzeciw kościoła. W połowie dziewiątego rzędu na lewo od alejki.
Niemal widział swój płaszcz i dłoń ciskającą garść ziemi w głębiny, w których spoczęła trumna jego żony. Nagle odniósł nieodparte wrażenie, że znajduje się tuż nad nią. Może życzył sobie połączyć się z nią po śmierci – a przynajmniej z taką nią, jaką była, zanim przestała go poznawać i zmieniła się w szkielet z umysłem dziecka – ale nie w ten sposób. Pamiętał łopaty rzucające ziemię na jej trumnę i zdał sobie sprawę, że teraz ma tę ziemię nad sobą
– I oczekuje pan, że wyślemy kogoś, żeby pana odkopał – rzekła policjantka.
– Sami nie dacie rady? – To nie najlepszy moment na krytykowanie ich metod pracy, dlatego Coe dodał: – Macie kogoś, kto się tym zajmie?
– Długo zamierza pan to ciągnąć? Naprawdę pan sądzi, że damy się nabrać?
– Na nic was nie nabieram. Na litość boską, to wszystko prawda. – Wolną dłonią zaczął drapać w ścianę, jakby w ten sposób mógł im przekazać, że znajduje się w trudnej sytuacji. Jego palce zginały się, zupełnie jakby drapał po szkolnej tablicy. – Czemu mi nie wierzycie?
– Mamy uwierzyć, że telefon by tam działał.
– Tak, bo działa.
– …ie… yszę… ana…
Połączenie zanikało. Niemal obwiniał policjantkę, że tego mu właśnie życzyła.
– Powiedziałem, że działa – krzyknął.
– …ardzo… eszne. – Zwróciła się do kogoś siedzącego razem z nią: – …eraz …aje, że …aci …asięg…
Czy światło aby też nie zaczynało zawodzić? Przez mgnienie oka ciemność zdawała się na niego zwalać – ciemność, a nie ziemia wpadająca do trumny. A może to jego umysł z braku powietrza zaczynał odmawiać posłuszeństwa?
– Działa – wydyszał. – Proszę powiedzieć, że ktoś po mnie przyjedzie.
– Nie chciałby pan tego.
Przynajmniej znów dobrze było ją słychać, jego z pewnością też.
– Pani wciąż myśli, że ja żartuję. Na litość boską, czemu miałbym żartować z czegoś takiego? W moim wieku? Nawet nie wiedziałem, że dziś jest Halloween.
– Twierdzi pan, że nie wie czegoś, o czym przed chwilą pan powiedział, że wie.
– Pani kolega mi to powiedział. Nie mam pojęcia, jak długo tu już leżę – stwierdził na głos i wtedy światło zaczęło migotać, jakby chciało mu pokazać, ile powietrza zużył.
– Wystarczająco długo. Trzeba przyznać, że jest pan wytrwały. A właśnie, siedzi pan w szafie? Tak się przynajmniej wydaje. Prawie się panu udało.
– Boże, dopomóż, leżę w trumnie. Nie słychać?! – krzyknął Coe, drapiąc paznokciami po wewnętrznej stronie wieka.
Może ten pisk był bardziej namacalny niż słyszalny. Coe trzymał telefon blisko, ale kiedy przyłożył go z powrotem do ucha, kobieta powiedziała:
– Usłyszałam już wystarczająco dużo, dziękuję.
– Wciąż uważa pani, że kłamię? – Trzeba było domagać się rozmowy z przełożonym. Już miał to zrobić, kiedy przyszło mu coś na myśl. – Skoro tak, to czemu pani ze mną rozmawia? – wyrzucił z siebie.
Już wiedział. Co prawda to poniżające, że biorą go za przestępcę, ale trudno, byle tylko go namierzyli. Będzie mówił tak długo, jak trzeba. Otworzył usta, by rozpocząć tyradę, gdy usłyszał w tle męski głos:
– Nic z tego, nie mogę go namierzyć.
Skoro Coe spoczywał zbyt głęboko pod ziemią, to jakim cudem dzwonił? Policjantka zapędzała go prosto w czeluści obłąkania.
– Tym razem się panu upiekło, ale niech pan nie próbuje więcej tej zabawy. Nie przyszło panu do głowy, że zajmuje pan linię, podczas gdy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy?
Nie mógł pozwolić, by się rozłączyła. Bał się, że następnym razem nie odbiorą. Nieważne, co powie, byle policja po niego przyjechała. Zanim kobieta skończyła go rugać, wrzasnął:
– Nie tym tonem, durna krowo!
– Ost… egam… ana…
– Róbcie to, za co wam płacą, ty i ta cała banda nierobów. Za dobrze się bawisz, wynajdując wymówki, byle nikomu nie pomóc, przeklęta, leniwa świnio. – Już nie krzyczał tylko po to, by go słyszano. – Mojej żonie to nie pomogliście, co? Byliście bezużyteczni, podczas gdy ona błąkała się ulicami, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. A kiedy goniła mnie wokół domu, bo nie wiedziała, kim jestem i wzięła mnie za włamywacza, wasza pomoc była wręcz kpiną w żywe oczy. Tak, zgadza się, wy zawiedliście, nie ja! Niewiele brakowało, żeby mnie zadźgała nożem kuchennym. Więc może teraz dla odmiany weźmiecie się do roboty, wy żałosne, nędzne…
Światło zgasło bez ostrzeżenia i Coe słyszał już tylko śmierć. Ściskał kurczowo komórkę, potrząsał nią, naciskał klawisze, ale żaden nie wydał żadnego dźwięku oprócz martwego kliknięcia plastiku i nie przyniósł ulgi w nieopisanej ciemności. Mężczyznę ogarnęło wyczerpanie, rozpacz, a może jedno i drugie. Ręce opadły bezwładnie, telefon wyślizgnął się z dłoni.
Może to brak powietrza, ale Coe miał wrażenie, że wkrótce pogodzi się ze swoim losem. Zamknął oczy, poczuł nadchodzący sen. Trumna mimo wszystko wydawała się całkiem wygodna. Próbował wyobrazić sobie, że leży w łóżku – czy to tylko zwykła mrzonka? A może to wszystko mu się śniło, trumna i cała reszta? W końcu właśnie tak zaczął się jego koszmar – zdołał wciągnąć pod siebie kołdrę. Coe przysięgał sobie, że to się nie powtórzy, kiedy wielki, bzyczący owad zaczął pełznąć po jego dłoni.
Rzucił się, byle dalej od tego stworzenia, uderzył ciemieniem o miękkie wezgłowie. Owad nie tylko bzyczał, ale też świecił słabo. To komórka – odzyskała wystarczająco dużo mocy, by zacząć wibrować. Coe chwycił ją. Zanikające światło wydawało się wypełniać całą trumnę. Wcisnął klawisz połączenia i przysunął aparat do ucha.
– Halo? – zapytał błagalnie.
– Nadchodzę.
Słaby, ledwo słyszalny głos, równie nienaturalny co te w nagraniach na automatycznych sekretarkach, które czytają numery cyfra po cyfrze. To pewnie wina połączenia. Zanim Coe zdołał cokolwiek powiedzieć, ciemność znów się nad nim zamknęła, a przy uchu trzymał już tylko martwy kawałek plastiku.
Coś jednak słyszał. Dźwięk, przytłumiony, ale coraz wyraźniejszy. Modlił się, by go dobrze rozpoznał, a po chwili był już tego pewien. Ktoś próbował się do niego dokopać.
– Tu jestem! – zawołał i zatkał wysuszone usta kościstą dłonią. Nie mógł zmarnować więcej powietrza, zwłaszcza teraz, gdy zaczynał czuć, że tutaj, pod ziemią, jest równie bezcenne co światło. Wątpił, by ktokolwiek go usłyszał. Ale dlaczego chciał zachować ciszę? Wstrzymywał oddech, zasłuchany w odgłosy dochodzące z ziemi. Jakim cudem nie zauważył, że ratownik zdołał dokopać się tak głęboko? Dźwięk poruszanej ziemi dochodził z coraz bliższej odległości i Coe zaczął gorączkowo naciskać losowe klawisze komórki. Byle usłyszeć jakąkolwiek odpowiedź ze strony świata nad jego głową, jakikolwiek głos oprócz własnego.
Ktoś kopał od spodu.







