
Siergiej Sadow, autor serii fantasy "Rycerz zakonu" pisze pod pseudonimem. Ten urodzony w 1975 roku w Kujbyszewie (dziś Samara) nad Wołgą pisarz jest absolwentem automatyki i technologii informatycznych. Obecnie pracuje jako administrator baz danych w strukturach państwowych.
Wcześniej jednak był programistą w centrum pomocy psychologicznej dla rodzin i młodzieży. I to właśnie odcisnęło na nim piętno - bohaterami jego książek najczęściej zostają dzieci. Również tutaj głównym bohaterem jest nastoletni Jegor, który za pomocą tajemniczego klucza przedostaje się na "siostrzaną wersję" Ziemi. Nie ma tam techniki, lecz magia. Zapanować nad tamtym światem chce Lśniący, a przeciwstawiać mu się próbuje dawny naczelny mag i słynny Rycerz Zakonu. To oni na naszej Ziemi mieli znaleźć bohatera, któremu uda się uratować "ich" Ziemię, jednak to Jegor znajduje klucz... I teraz to on musi wypełnić tę misję.
- Jak dla mnie, czytelniczym targetem powieści są panowie, którzy jak wiadomo, zawsze pozostają dziećmi... Chociaż muszę przyznać, że i mnie ta książka wciągnęła - pisze Monika Frenkiel na portalu Czytelnia.onet.pl, która uważa iż jest to pozycja "dla wiecznych chłopców".
Czy ma rację? Najlepiej przekonać się samemu. Poniżej prezentujemy fragment książki.
Fragment:
Inwazja
— W takim razie patrz. Zaraz się zacznie.
— A czyja to armia?
— Lśniącego. To inwazja na królestwo Lern.
I wtedy zauważyłem, że za wsią uniósł się obłok kurzu — na jego widok żołnierze, do tej pory spokojnie maszerujący drogą, zaczęli wykonywać jakiś manewr, nie do końca dla mnie zrozumiały.
— Spostrzegli armię wroga i formują szyk bojowy — wyjaśnił Derron.
— A gdzie jest armia wroga? — spytałem zaskoczony.
— Za chmurami pyłu.
— Aa... — Teraz nawet ja spostrzegłem, że tumany kurzu wzbijała kawaleria.
Armia Lśniącego utworzyła szyk: piechota wyszła do przodu i ustawiła się w kilka czworoboków, zasłaniając się tarczami i wystawiając przed siebie włócznie, co upodobniło je do gigantycznych jeży.
Ku nadciągającej konnicy z głębi szyku poleciały strzały i jeźdźcy zaczęli spadać z koni. Rzecz jasna nie mogło to powstrzymać ataku i oddział w pełnym pędzie wbił się w szeregi piechoty.
— Idioci! — skomentował Derron. — Jak można wysyłać konnych na ciężką piechotę?! Przecież oni tam ugrzęzną! O czym myślał ten kretyn dowódca?
I rzeczywiście: jedyne, co zdołali zrobić jeźdźcy, to zepchnąć szeregi piechoty do tyłu, przerwać szyku im się już nie udało. Zaczęła się jatka, kawaleria została odparta i za wycofującym się przeciwnikiem pomknęła z flanek jazda Lśniącego. Odwrót przemienił się w ucieczkę, co gorsza, pierzchający jeźdźcy wpadli na własnych piechurów, nadciągających z pomocą.
— Dyletanci! — warknął Derron, którego chyba najbardziej drażnił brak profesjonalizmu Lernijczyków.
Napastnicy wbili się w połączone szeregi wojsk Lernu, a piechota Lśniącego z porażającą precyzją przeformowała się z czworoboków w kolumny — najeżone bronią, osłonięte wysokimi tarczami ruszyły do przodu, błyskawicznie rozniosły próbujące stawić opór oddziały Lernijczyków i zaatakowały główne siły. Żołnierze Lernu zostaliby rozbici w proch, gdyby nie nadeszło wsparcie, które, nie tracąc ani chwili, zaatakowało lewą flankę wojsk Lśniącego.
— No, chociaż jeden sensowny oficer — skomentował Derron.
Teraz Lernijczycy przeszli do ataku, jednak w odróżnieniu od armii Lśniącego zdobywali przewagę nie umiejętnościami, ale ilością: było ich pięciokrotnie więcej niż wojsk przeciwnika. Nawet ja byłem w stanie zauważyć, jak kulawo przebiegał atak — mimo to wojska Lernu były bliskie zwycięstwa. Wydawało się, że jeszcze chwila i wróg się załamie, jednak wtedy do bitwy włączyła się trzecia siła, będąca dla Lernijczyków absolutnym zaskoczeniem.
Przed oddziałami pojawił się samotny jeździec, otulony dziwną, mieniącą się aureolą, niepozwalającą dojrzeć rysów jego twarzy. To właśnie musiał być Lśniący! Kilku Lernijczyków, widząc wrogiego dowódcę, ruszyło ku niemu, w nadziei na dokonanie wiekopomnego czynu. Lśniący przez chwilę obserwował nadciągających wrogów, a potem podniósł rękę: wówczas piechota rozstąpiła się i wyłoniło się nowe wojsko. Żołnierze, uzbrojeni jedynie w długie miecze i niewielkie, okrągłe tarcze całą hurmą rzucili się na przeciwnika.
Usłyszałem, jak Derron zaklął siarczyście, nawet zawsze spokojny, zawsze uprzejmy Mistrz wycedził przez zęby jakieś przekleństwo. Wreszcie ze strumienia obelg rycerza wyłowiłem słowo, które wyjaśniło mi reakcję moich rozmówców — zombie.
Wtedy zobaczyłem zbliżenie jednej z biegnących postaci... Rzecz jasna nie raz oglądałem horrory w telewizji i byłem przyzwyczajony do najróżniejszych stworów — i właśnie dlatego nie zwymiotowałem od razu. Jednak na filmie mogłem pooglądać najwyżej komputerowe monstra, a te tutaj były absolutnie rzeczywiste, kula dawała bardzo realistyczne wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach. Ten zombie był trupem, ale trupem biegnącym i wymachującym mieczem. Martwe od dawna ciało znajdowało się w stanie rozkładu, skóra odpadała płatami. I oto zaatakował dziesięciu żołnierzy, którzy z wrzaskami przerażenia rozbiegli się na wszystkie strony. Co prawda, kula nie przekazywała dźwięku, jednak wytrzeszczone, pełne dzikiego przerażenia oczy i rozwarte usta nie pozostawiały złudzeń co do tego, że ludzie krzyczą. Jeden z żołnierzy posiwiał na moich oczach, padł na ziemię i z bezmyślnym uśmiechem zaczął iść na czworakach, zbierając coś w trawie — przebiegający obok zombie pchnął go mieczem i nie zatrzymując się, pobiegł dalej. Tylko nieliczni Lernijczycy zdołali zachować zimną krew i podjąć walkę z potworami. Przebijali zombie włóczniami, cięli mieczami, ale na niewiele się to zdało: nawet odrąbane ręce sunęły do przodu, pragnąc chwycić wroga za gardło. Wkrótce cała lernijska armia rzuciła się do ucieczki, a zombie rozciągnęły się w tyralierę i ruszyły za uciekającymi, dobijając rannych.
— Dusze tych nieszczęsnych zostały zniewolone w martwej powłoce i teraz nie mogą opuścić ciała — wyjaśnił Mistrz, który nawet w tej iluzorycznej postaci wyglądał na mocno rozgniewanego. — Coś podobnego można zrobić jedynie w ciągu trzech dni po śmierci człowieka. Wówczas dusza siłą utrzymywana jest w ciele, ale nie może nim samodzielnie sterować. Nieboszczycy stają się kukłami, posłusznymi cudzej woli... Jakim potworem trzeba być, by robić coś takiego?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Zresztą, Mistrz wcale się jej nie spodziewał; utkwił wzrok w kuli, obserwując dalsze wydarzenia.
A dalej była rzeź. Chciałem się odwrócić i nie mogłem, dlatego widziałem wszystko: ścigając armię wroga, oddział zombie wkroczył do wsi i zaczął mordować wszystkich jak leci, kobiety i mężczyzn, starców i dzieci.
I wtedy w końcu zwymiotowałem. Mistrz natychmiast zgasił obraz, podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. Teraz postać maga sprawiała wrażenie absolutnie realnej. Czułem nawet ciepło żywego ciała...
— Wybacz mi — rzekł Mistrz głosem pełnym skruchy. — Chciałem cię przekonać, żebyś nam pomógł, nie przyszło mi do głowy, że możesz tak zareagować na to, co zobaczysz. A przecież nie każdy dorosły byłby w stanie wytrzymać coś takiego, co dopiero dziecko... Nie powinienem był ci tego pokazywać. Wybacz.
— Muszę odpocząć — poprosiłem słabo.
— Oczywiście, oczywiście... — Mistrz od razu wstał i pomógł mi pozbierać się z podłogi.
Przyjąłem jego pomoc z wdzięcznością, w tym stanie nie tylko nie doszedłbym do pokoju o własnych siłach, ale w ogóle nie zrobiłbym kroku. Opierając się na ramieniu maga, powlokłem się do wyjścia.
Łóżko było już pościelone, co nawet mnie nie zdziwiło — zacząłem przywykać do tych magicznych niesamowitości. Mistrz pomógł mi się rozebrać i okrył mnie kołdrą, potem zgasił światło. Wykończony psychicznie, nawet nie zwróciłem na to uwagi — pragnąłem tylko jednego: zasnąć i zapomnieć o tym koszmarze, a rano obudzić się we własnym łóżku.
Ledwie dotknąłem głową poduszki, a już zapadłem w niespokojny sen.
|
| Cena na okładce: 34.90 zł Sprawdź u nas! Wydawca: Fabryka Słów Autor: Sadow Siergiej Miejsce i rok wydania: 2010 Ilość stron: 330 Oprawa: miękka Wymiary: 145x205 |
Spis treści
- Fantastycznie-romantycznie!
- Filmowa okładka Ghost Writer
- Kolejny hit Dana Browna
- Anioł Zagłady powraca
- Kto ukradł piorun...
- "Wilkołak" - obraz i słowo
- Avatar - cudowny świat Pandory
- Spadkobierca zakonu
- Świetne "Światło"
- Straszne księgi
- Cole kontra Rekin Młot
- Pierniki inkwizytora
- Krwawy tancerz
- Promocja Noworoczna
- Trzynaście czasami równe jest siedemnastu...
- Rice, Lasher i czarownice
- Cmentarny Nik
- Hobbit komiksowo
- Kroki w nieznane 2009
- Wampir za wampirem...
- Zabójcze ciało w kinie
- Kroniki Wardstone przebojem
- Filmowo czy filozoficznie?
- Bazyliszek'44 - horror militarny
- "Łowcy" kolekcjonerscy
- Lost, King, Jake i Julia
- Gone - strach się bać
- Heretycy Diuny
- Kontynuacja serii Czarnego Maga
- Między realem a wirtualnością





















